Kategorie
Tymczasem w Australii

Twierdza „Melbourne”

Melbourne City, Australia

Już był w ogródku, już witał się z gąską.

Australia niemal ogłosiła sukces w walce z pandemią, a tymczasem d***. Tym razem w centrum zarazy znaleźliśmy się my, czyli „najlepsze z miast”. Podobno źródłem tej „drugiej fali” byli siedzący w kwarantannie w hotelach przybysze z zagranicy. Każdy bowiem obywatel lub rezydent Australii po przylocie musi spędzić dwa tygodnie w hotelu (dotychczas opłacanym przez podatnika, ale to ma się skończyć). Do pilnowania izolacji poddanych kwarantannie wynajęto firmę, której pracownicy pozwalali sobie na takie akcje jak wspólne wyjścia na zakupy, a nawet…. seks z „osadzonymi”.

Rezultat jest taki, że teraz całe miasto wróciło do tzw. etapu trzeciego izolacji. 200 przypadków dziennie, które np. w Polsce jest „sukcesem rządu w walce z pandemią”, tutaj powoduje strach, że „ludzie zaczną umierać”. Każdy ma siedzieć w domu chyba, że musi iść do pracy, do szkoły, do lekarza, na pilne zakupy albo uwaga, uwaga: poćwiczyć na świeżym powietrzu. Z tej ostatniej opcji ludzkość chętnie korzysta, tym bardziej, że jedynym ograniczeniem jest zakaz wyjazdu poza granice metropolii Melbourne. Więc teoretycznie Góry Yarra Ranges albo Półwysep Mornington są w naszym zasięgu. Myślę, że przetestujemy tę teorię w najbliższy weekend, o ile premier Wiktorii nie zdecyduje inaczej.

Wyjazdu poza granice Melbourne pilnują patrole policyjne, a rzekomo sprowadzono do pomocy nawet wojsko. „Dżuma” mi się przypomina. Podobno historia lubi się powtarzać, ale jako farsa. Dobre w tej farsie jest chyba tylko to, że szczęśliwie oboje mamy wciąż pracę, którą możemy wykonywać z domu, więc jest za co robić te zakupy.

Ciekawostką są małe „wojny graniczne”, które wybuchły między stanami. Nikt bowiem z „czystych” stanów, nie chce wpuszczać nikogo ze stanów „zakoronowanych” (czyli głównie Wiktorii)

Na przykład przypomniano sobie, że granica między Wiktorią a Australią Południową została w 1840 roku omyłkowo wytyczona w złym miejscu. Teraz mieszkańcy przygraniczni nie są wpuszczani na zakupy do miasteczka odległego o 25 km, ale muszą jechać 150 km do wiktoriańskiej Mildury.

Trochę podobnie, ale na większą skalę jest na granicy Queensland (QLD) i Nowej Południowej Walii (NSW). Miasteczko Tweed Heads praktycznie jest przedmieściem Gold Coast (QLD), ale formalnie leży w NSW. Rząd Queenslandu wprowadził kontrolę graniczną, na której sprawdza się czy delikwent nie przyjechał czasem z Wiktorii (sprawdzają np. historię logowań w telefonie) albo z kilku „zadżumionych” przedmieść Sydney. Kolejki przy tym porobiły się nieludzkie, bo stoją w nich również lokalsi, którzy jadą zwyczajnie do pracy po drugiej stronie mostu. Burmistrz Gold Coast zaproponował dziś wręcz zmianę granicy między Queensland i NSW i włączenie Tweed Heads do tego pierwszego. Tylko czekać aż zaczną się walki graniczne.

To wszystko wewnątrz naszej wyspy. Co z tymi, którzy chcieliby przylecieć do Australii np. z Europy? Zapomnijcie o tym na jakiś czas. Na razie stwierdzono, że nawet tych obywateli i rezydentów, którym wolno było przylatywać dotychczas, jest za dużo i ograniczono liczbę lotów.

Cytując klasyka: „To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”.

CDN…

3 odpowiedzi na “Twierdza „Melbourne””

Australia Zachodnia zawsze chciała się odłączyć. Kiedyś nawet referendum przeprowadzili, ale Canberra nie chciała uznać. Teraz to pewnie trzebaby Vic+NSW oddzielić. Resztę przejęliby Chińczycy.

Dodaj komentarz: