Kategorie
Życie w Australii

Szczęśliwy kraj, czyli dlaczego lubię Australię

Poniżej przytoczę kilka autentycznych sytuacji, jakie wydarzyły się nam w ostatnich miesiącach podczas podróży po Australii. Nie ukrywam, że mimo mijających lat ten kraj mnie nie przestaje zadziwiać.

*   *   *

Małe miasteczko Mallacoota, na wschodnim krańcu Wiktorii. Podczas świątecznych wakacji postanowiliśmy skorzystać z pięknych okoliczności przyrody i wynająć motorówkę, aby popływać po okolicznych zakolach rzeki.

Mallacoota, Wiktoria, Australia
Genoa River

Miejsce przecudowne, warte chyba osobnego wpisu, ale ja nie o tym.

Dojechaliśmy do maleńkiej miejscowości Gipsy Point, zamieszkałej przez chyba kilka osób raptem. Mały biznesik prowadzi tam jeden z mieszkańców i wynajmuje turystom motorówkę i kajaki. My chcieliśmy motorówkę na dwie godziny.

Pan wziął opłatę za dwie godziny, powiedział, że spokojnie możemy pływać przez trzy. Zaprowadził nas na przystań, pokazał mapkę i jak korzystać z łodzi i gdzie ją przywiązać gdy wrócimy. Nie wziął żadnego zastawu, nie spojrzał nawet na żaden dowód tożsamości. W zasadzie moglibyśmy zniknąć z tą łódką i nie miałby po nas żadnego śladu.

Jednak mimo wszystko biznes się kręci, nikt jakoś łódki nie kradnie.

Szczęśliwy kraj?

*   *   *

Te same wakacje, początek stycznia 2014 r. Przenosimy się do miejscowości Sandy Point, w południowym Gippsland.

Sandy Point, Wiktoria, Australia
Stanowisko ratowników na plaży w Sandy Point. Z tyłu na zdjęciu widać w oddali wzgórza. Zagadka dla czytelników: co to za wzgórza?

Przy oceanicznej plaży maleńka wypożyczalnia desek surfingowych. Biorę dla naszych dzieci dwie deski, na godzinę każda. Cena $15 za godzinę. Pani z obsługi bierze ode mnie opłatę i mówi, że jeśli będziemy pływać dłużej to najwyżej dopłacę potem różnicę.

Znów nikt nie sprawdza dowodu tożsamości, nikt nie żąda zastawu.

Mimo tego biznes się kręci, nikt nie odjeżdża z deskami w siną dal.

Szczęśliwy kraj?

*   *   *

Kilka miesięcy wcześniej, wrzesień 2013 r. Jedziemy na outback i nocleg wypada nam w małym miasteczku Ouyen, za zachodzie Wiktorii. Nocleg w hotelu uzgadniam wcześniej telefonicznie, pani przyjmuje rezerwację na pokój rodzinny, nie żąda przy tym żadnej przedpłaty. Na pytanie co zrobić gdy przyjedziemy późno (około godziny 23.) pani stwierdza, że nie ma problemu, ona zostawi nam klucze w drzwiach pokoju oraz informację jak do pokoju dotrzeć w kopercie na drzwiach recepcji. Mamy tylko pamiętać, że ona otwiera recepcję rano dopiero o godz. 8 i dobrze gdybyśmy nie wyjechali przed tym czasem, żeby załatwić formalności (płatność).

Widać, że nie dotarł jeszcze do Ouyen nikt, kto widziałby w tym szansę na nocleg za darmo.

Mam nadzieję, że prędko nikt taki nie dotrze rówież do Mallacooty oraz do Sandy Point.

Szczęśliwy kraj?

*   *   *

Jako uzupełnienie można dodać, że ostatnio w wypożyczalni desek na plaży Bondi w Sydney wzięto w zastaw nie tylko moje prawo jazdy, ale i kartę kredytową. Szczęśliwy kraj się kurczy.

14 odpowiedzi na “Szczęśliwy kraj, czyli dlaczego lubię Australię”

Mi się przypomniała historyjka opowiadana bez emocji przez męża mojej kuzynki. Jako wieloletni emigranci mieszkający w Brisbane jakieś 12 lat temu podjęli próbę powrotu do Polski. Część dobytku nadali kontenerem, resztę sprzedali przed wyjazdem. Jak sprzedali samochód? Chętny znalazł się przez internet. Ale jako że auto było potrzebne aż do samego odlotu umówili się ze jedna strona przeleję kasę a druga zostawi samochód na lotnisku na parkingu z kluczykami wewnątrz. Samochód za maks 2000 dolarów, ale ta opowiastka dała dużo myślenia. Zwłaszcza te naście lat temu kiedy samochód w Polsce był jeszcze bardziej niż dzisiaj rzeczą najbardziej wartościową i pożądaną.
Dodam że ów kuzynostwo po paru miesiącach prób ułożenia życia w Polsce wrócili nazad do Australii gdzie żyją do dzisiaj ☺
Dobrze byłoby już tam być…

Fajne historie…Pozytywne to iż takie zachowania nadal istnieją ! Ale raczej Australia drugoplanowa w tym przypadku : wszędzie maleńkie społeczności zwykle są po prostu normalniejsze niż bezosobowa wielkomiejskość.
Serdecznie z południowej Francji- elegancji gdzie piszę książkę o polskiej, unijnej emigracji.

Maciek

No tak, małe społeczności są inne. Ja jednak chyba miałem jakiegoś pecha, bo w Polsce takich sytuacji umowy „na słowo” nie spotykałem nigdy, w żadnych społecznościach małych ani dużych. Przy tym nie mówimy tutaj o zwyczajnej ludzkiej uczciwości, bo porządnych ludzi, którzy oddadzą znaleziony portfel w Polsce się również spotyka. Chodzi mi o taką prostą wiarę w ludzką uczciwość: umawiamy się, że ja Ci daję łódkę, a ty ją oddasz za 2 godziny nawet jeśli nie wezmę w zastaw twojego dowodu, bo zwyczajnie tak się powinno robić. Chętnie poczytam o takich sytuacjach z Polski lub nawet z Francji, przywróci mi to wiarę w ludzi.

Na Bondi dotarli emigranci. Gdy przybylem do Australiiw 1985 wiekszosc spraw zalatwiana byla na slowo.Prawo jazdy bylo kartka papieru bez zdjecia a jadac po alkoholu policjant po zatrzymaniu pytal czy czujesz sie na silach jechac do domu i prosil o uwazna jazde. Niestety przybycie kozakow z Europy Wschodniej dostajacych malpiego rozumu po alkoholu spowodowal pare smiertelnych wypadkow i niestety zaczeto przykrecac srube ostatnio limit 0.5 bardzo scisle egzekwowany

podoba mi sie, ze widzicie pozytywy wszedzie – tez moge dodac cos dobrego do listy: wczoraj zgubialam portfel w sklepie we wrocłaiu i nic o tym nie wiedzac zajechalam do domu, gdzie zadzwonila do mnie pani, ze maja moj portfel i oddali mi go z dokumetami, z pieniedzmi, to samo w tokyo zgubilam plecak, ktory zostal na przystanku autobusowym, odnaleziony, czekal na mnie – normalni ludzie sa wszedzie 🙂

Są momenty, że Australia nie przestaje nas zadziwiać. Np. zwyczajny kredycik na samochód… w Polsce jeśli spóźnisz się jeden dzień to straszą Cię komornikami i sądami a wszelkie pisma docierają do nas chyba przez teleportację. Tutaj? Gdzie tam komornik i sąd. Mała obsuwa w płatności, rachunek za prąd na 1000 dolarów, oczywiście że rozłożymy na dogodne raty byleby by płacić, odbierać telefon i szafa gra 🙂 każdy jest happy 🙂

Wydaje mi się, że na całym świecie w małych miejscowościach panuje wzajemne zaufanie a w duzych metropoliach ani trochę. Chociaż na przykład w Warszawie przytrafiło mi się cos takiego –
kupowałem bilet do kina za 14 zł, dałem kasjerowi 50 zl i zapomniałem wziąć resztę. Stwierdziłem to dopiero w pobliskiej lodziarni. Zjadłem lody i wróciłem do kina a tam już z daleka kiwal na mnie kasjer – hej, proszę pana, pan nie zabrał reszty!
Szczęsliwy kraj?

Hej Paweł,
Zastrzeliłeś mnie tą nazwą tak mocno, że musiałem sprawdzić co to jest „Buln Buln”. Jednak odpowiedź jest niepoprawna: to co widać na zdjęciu to nie „Buln Buln”.

Ech, może tym razem będę pierwszy… Chodzi może o Buln Buln Mountains?
Pozdrawiam i gratuluję bloga.

Leave a Reply to Andrzej Plonka Cancel reply