Polityczna poprawność w Australii

Polityczna poprawność według definicji „idealistycznej” zakłada usunięcie z języka sformułowań „brzydkich”, nacechowanych negatywnie w stosunku do [tu wstawić co kto chce].

W praktyce polityczna poprawność sprowadza się w zasadzie do zwyczajnego wyrugowania szeregu pojęć z języka publicznego i jako taka bez wątpienia święci obecnie triumfy w Australii.

Jak polityczna poprawność działa na co dzień to każdy imigrant może się przekonać pisząc własne CV przy szukaniu w Australii pracy. Poprawność wymaga aby:

  • nie zamieszczać zdjęcia (to największa zbrodnia, zdjęcie mówi wszystko czego powiedzieć nie wolno)
  • nie zamieszczać daty urodzenia (bo nie wolno dyskryminować ze względu na wiek)
  • nie podawać stanu cywilnego (normą jest Ms dla całej płci pięknej)
  • w ogóle płeć trudno rozróżnić, bo wiele imion brzmi tak samo w wersji męskiej i żeńskiej (np. Sam, Chris)
  • wciąż zamieszcza się imię i nazwisko i to jest słaby punkt, bo często na tej tylko podstawie można kandydata dyskryminować (znam kapitalne przykłady)

Z tego widać, że poprawność polityczna w Australii posunięta jest dalej niż w Polsce, bowiem większość imigrantów w swoim pierwszym CV popełnia dokładnie wszystkie wymienione „błędy”.

Jakie są skutki takiego podejścia? Powiedziałbym, że mizerne. Ludzie krótko przed emeryturą jak nie mogli znaleźć pracy tak nie mogą. Tyle tylko, że nikt im w twarz nie powie, że to z powodu wieku, ale że „znaleziono innego kandydata lepiej pasującego do naszych kryteriów”.

Takie podejście do „trudnych” tematów pasuje zresztą do Australii jak ulał. Tutaj mało co mówi się wprost i jest to chyba jakaś cecha anglosaskiej kultury. Australijczycy nie lubią rozmówcy sprawiać przykrości i wolą żeby się sam domyślił o co chodzi.

*   *   *

Jeśli wydaje Wam się, że w Polsce polityczna poprawność powszechnie obowiązuje to jesteście w błędzie. Na przykład w Australii jest bardziej zaawansowana.

W Australii ludzie np. nie mają kolorów skóry. Po prostu nie mają. Wyjątki robi się czasami, przy poszukiwaniu sprawców przestępstw, ale wtedy i tak nie podaje się koloru skóry, tylko pochodzenie etniczne: Aboriginal, Middle Eastern. Jedynym wyjątkiem może być „Caucasian” (biały).

Powiecie może, że to oczywiste, że Aborygen to „czarny”. Otóż wcale niekoniecznie. Boleśnie przekonał się o tym znany australijski felietonista Andrew Bolt, osoba znienawidzona przez lewicę chyba bardziej niż lider Liberałów Tony Abbott. Otóż panu Boltowi zdarzyła się jakiś czas temu chwila szczerości i napisał w felietonie w Herald Sun, że niektórzy aborygeńscy aktywiści to guzik nie Aborygeni, bo są biali i więcej w nich Szkotów niż Aborygenów. Cała ich publiczna aktywność to nic innego zaś niż skok na kasę.

Andrew Bolt powiedział coś co każdy, jak się wydaje, widzi. Tymczasem „biali Aborygeni” podali go do sądu o zniesławienie i wygrali! Nie ma kolorów skóry w Australii i koniec! Nowomowa została usankcjonowana prawnie.

Podobnie jest z kwestią orientacji seksualnej. W Polsce przeczytałem jakiś czas temu opinię, że jest coś dziwnego w fakcie, że w świecie modelek dominują wzorce każące jako kobiecy ideał traktować tę dziewczynę, która od tyłu najbardziej przypomina… chłopca.

Stawiam piwo jeśli ktoś przeczytał takie zdanie w australijskiej gazecie. Rozszarpano by jego autora na strzępy.

*   *   *

Ciekawym tematem traktowanym zgodnie z tak pojętą poprawnością polityczną jest kwestia azylantów. Miesiącami roztrząsano czy powinno się odsyłać wszystkich szukających azylu poza terytorium Australii, najpierw na Malezję (co się nie udało), obecnie na wyspę Nauru (co zrealizowano). Dokładnie wszyscy uczestnicy sporu są wiernymi wyznawcami świętego Hipokryta i nikt, ale to absolutnie nikt nie powie głośno i wprost, że:

  • odmawianie azylu komukolwiek jest nieetyczne, tym bardziej jeśli Twoi właśni przodkowie przybyli tutaj nie pytając ówczesnych mieszkańców o zgodę;
  • mimo tego,  Australia nie może przyjąć więcej niż małej grupki kolorowych azylantów. Nie dlatego, że są kolorowi, bo nie jesteśmy rasistami, ale dlatego, że są oni kulturowo jest bardziej odlegli od Australii niż Wenus od Marsa, do tego bardzo liczni i płodni. nakryliby ten kraj czapkami i szybko przestałaby istnieć Australia jaką znamy dzisiaj;
  • obozy dla uchodźców nie mogą być założone na terenie Australii, bo potencjalni azylanci zbyt szybko witaliby się z gąską i przez to walili drzwiami i oknami, co zresztą przerabiano przez ostatnie lata na Wyspie Bożego Narodzenia (należącej do Australii).

Tego się oczywiście nie mówi, chociaż i tak jedni i drudzy doskonale wiedzą na czym sprawa polega.

*   *   *

Na to, powiedzmy, „tradycyjne” ujęcie politycznej poprawności nakłada się jej nowa forma, czyli tzw. tematy oczywiste. Na przykład oczywiste jest, że dwutlenek węgla powoduje globalne ocieplenie.

Egzekwowanie tematów oczywistych w mediach odbywa się starożytną metodą kija i marchewki.

Marchewką są tutaj granty naukowe i szeroki strumień kasy płynący do naukowców szukających potwierdzenia powyższej tezy. Metoda finansowa ma oczywiście skuteczność zabójczą, sceptycy zostali sprowadzeni do zupełnego marginesu, bo mało jest takich siłaczek, co chciałyby i miały dość siły płynąć pod wartki prąd i to za darmo.

Każdy bowiem, ktokolwiek śmiałby zakwestionować tę tezę traktowany jest jako negacjonista, bez prawa do obrony, bo przecież „wszyscy wiedzą”. Odwagi powiedzieć co myśli nie ma zupełnie nikt z polityków, z którejkolwiek strony sceny.

Kijem jest tutaj medialny ostracyzm stosowany przez wszystkie media z wyjątkiem (i to tylko czasami) News Corporation, które ma model biznesowy oparty na informacji tabloidowej, więc może sobie na „autorytety moralne” z ABC i The Age zwyczajnie bimbać. Wywołuje to oczywiście furię „wiodących” mediów porównywalną z tą skierowaną w Polsce swego czasu w stronę Rzepy i tygodnika Uważam Rze. W Polsce wysadzenie z siodła jedynych opozycyjnych mediów się powiodło dość łatwo, tutaj zaś mamy Ruperta Murdocha i jego gigantyczne imperium medialne, którego, na razie, nie ma jak ugryźć.

Jednak pasja z jaką rzucono się do gardła Murdochowi (również w Australii) przy okazji wpadki z podsłuchami w UK jest symptomatyczna. Nienawiść dziennikarzy z konkurencji kipi wręcz z ekranów. Póki co jednak News Corp trzyma się mocno i Andrew Bolt ma gdzie pisać bez schodzenia do podziemia i marginalnych wydawnictw sieciowych, jak to się dzieje ostatnio z niepokornymi w Polsce.

*   *   *

W ogóle to uważam, że wszystko jeszcze przed nami. Wciąż mamy „Christmas Square”, wciąż obchodzimy Dzień Matki i Dzień Ojca. Mają towarzysze wciąż z czym walczyć.

15 Replies on “Polityczna poprawność w Australii

  1. @pharlap: Dla ilustracji moich myśli posłużę się cytatem z „Ogniem i mieczem”, tom 1, rozdział XXI. Zagłoba z Heleną próbują przedostać się promem na drugą stronę Dniepru:

    – Miejsce dla dziada, miejsce dla dziada! – krzyczał Zagłoba trzymając przed sobą między wyciągniętymi rękoma Helenę i broniąc jej od ścisku.– Miejsce dla dziada! Do Chmielnickiego i do Krzywonosa idę! Miejsce dla dziada, dobrzy ludzie, lube mołojcy, żeby was czarna śmierć wydusiła, was i dzieci wasze! Nie widzę dobrze, wpadnę w wodę, pacholę mi utopicie. Ustąpcie, ditki, żeby paraliż powytrząsał wam wszystkie członki, żebyście polegli, żebyście na palach pozdychali.

    Tak wrzeszcząc, klnąc, prosząc i rozpychając tłum swymi potężnymi łokciami, wepchnął naprzód Helenę na prom, a potem wgramoliwszy się sam, zaraz począł znowu wrzeszczeć:
    – Dosyć już was tu!… czego się tak pchacie?… prom zatopicie, jak was tyle się tu napcha. Dosyć, dosyć!… przyjdzie kolej i na was, a jeśli nie przyjdzie, mniejsza z tym.
    – Dosyć, dosyć! – wołali ci, którzy dostali się na prom. – Na wodę! na wodę!

  2. >… uczciwa jest tylko jedna opcja: niech przyjeżdża każdy kto chce i kiedy chce.
    Hmm.. to rzeczywiscie radykalne rozwiazanie. Gdyby je wprowadzić nie byłoby żadnych granic ani państw. Mnie tam jednak nie gryzie sumienie, ze Polska uzywała karabinów gdzy chcieli do nas przyjechać Sowieci czy Niemcy.

  3. @pharlap: w pełni uczciwa jest tylko jedna opcja: niech przyjeżdża każdy kto chce i kiedy chce. Cała reszta to odwieczna metoda pisania historii przez tego kto ma więcej i lepszych karabinów. Można do tego dorabiać ideologię oczywiście i może nawet warto. Ale sumienie gdzieś tam głęboko pewnie gryzie.

  4. Zaskoczyły mnie te trzy przykłady hipokryzji.
    1. Nie mam pod reką przykładów, ale wielokrotnie spotykałem w mediach komentarze typu – wszyscy jestęsmy migrantami więc nie dziwmy się innym. Tu uwaga – migrantami , nie azylantami. Przez pierwsze 150 lat osadnictwa w Australii nie przybywali tu zadni azylanci.
    2. ten przykład jest dla mnie zbyt zawiły
    3. Obozy dla uchodźców na wyspach Pacyfiku. Podobnie jak punkt 1 – oficjalne powody są tutaj http://en.wikipedia.org/wiki/Pacific_Solution . Nie widzę w nich hipokryzji. Pierwszy – odciąć od terytorium Australii. Gdzie tu hipokryzja?
    Pozdrawiam.

  5. Jeszcze jeden ciekawy przypadek postępów poprawności z Australii. Pozbyto się z podręczników odniesień do daty urodzin Chrystusa i mamy teraz tak jak w Polsce już od dawna: CE (common era, nasza era) i BCE (before common era, przed naszą erą) zamiast wcześniejszych BC (przed Chrystusem) i AD (Roku Pańskiego). Dla ciekawskich do poczytania tutaj: http://www.news.com.au/national-old/for-christs-sake-ad-and-bc-ruled-out-of-date-for-national-curriculum/story-e6frfkvr-1226127965607

  6. Ha ha, Tuwim to chlapnął raczej z braku obycia, widać nie wiedział, że kolor skóry się nie zmywa. Za to mieliśmy też mistrzów, którzy chlapali z, powiedziałbym, nadmiaru doświadczeń. Taka np. Maria Konopnicka strzeliła: „Cygańska to rzecz zawsze coś wycyganić”. I sierotka Marysia musi iść na indeks, nie ma, że boli ;).

  7. Ha, dopiero co podczas rozmowy na w/w temat w towarzystwie powiedzialem, ze jak tak dalej pojdzie, to nie bedzie mozna czytac o Murzynku Bambo. No i prosze! Dzis na ktoryms z polskich portali wyczytalem, ze ta pozycja Tuwima jest na indeksie!
    Zwroccie uwage, ze jak widac, to sie dzieje wszedzie.

  8. Nie będę tutaj pisał o tym „prześladowaniu”, bo nie znam sprawy z pierwszej ręki, a i tak napisano na ten temat dość. Poprzestańmy więc na tym, że walka o likwidację dotychczasowej postaci Rzepy i okolic odbyła się wcześniej (przy sprzedaży udziałów), a teraz to tylko jej ostatni akord. Mimo wszystko było to pismo dość poczytne do tej pory i skutecznie konkurowało na rynku tygodników.
    Nowego „pisemka” na razie nie ma, więc trudno wyrokować o ilości czytelników. Biorąc jednak pod uwagę jak się sprzedają np. książki tych „prawicowych pismaków” to tak zupełnie bez szans chyba nie są. Tym bardziej iż prorządowe media są ostatnio na poziomie wręcz żenującym (to takie moje wrażenie świeżo po wizycie w kraju), co owocuje dość ciekawym zjawiskiem odwrócenia się Polaków od polityki jako tematu rozmów przy kotlecie.

    W sumie mnie to wszystko specjalnie nie dziwi, bo od dawna twierdzę, że „demokracja” i „wolność słowa” to w ustach klasy politycznej tylko puste slogany, które zostaną porzucone gdy tylko zajdzie taka potrzeba równie szybko jak kiedyś zostały z dnia na dzień przyjęte.

    Również życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

  9. Eeeee, jakie tam emocje…
    Postawiłem Tobie pewien zarzut, podbudowałem go faktami i jestem autentycznie ciekaw Twojego zdania.
    A w ogóle to wszystkiego dobrego w Nowym Roku! 🙂

  10. Ach Biszop, miło Cię tu znów widzieć. Powiedziałbym, że Twoja wypowiedź jest odrobinę nacechowana emocjonalnie. Jednak ponieważ sam też bezstronny nie jestem to pozwolę sobie zrezygnować z polemiki na tym etapie. Każdy i tak ma swoje zdanie.

  11. Pacz Pan, nawet się nie da nikogo nazwać czarnuchem, pedałem ani innym Żydem. Co za kraj… Nie to co w Najjaśniejszej!
    Ale ja nie o tym chciałem.
    O jakim to „wysadzeniu z siodła” i „schodzeniu do podziemia” opozycyjnych mediów w Polsce piszesz? Lisicki wyleciał z „Uważam Rze” za krytykę właściciela i dopuszczenie do tego, że jego dziennikarze pisali dla konkurencji, a Wróblewski z „Rzepy” za dopuszczenie tekstu Gmyza o trotylu, który urągał podstawowym zasadom dziennikarstwa. Za Lisickim z przytupem wymaszerowała grupa prawicowych pismaków plując przy tym obficie jadem na niedawnego chlebodawcę, co jest zachowaniem bardzo nieładnym.
    Kazał im ktoś rzucać robotę? Bił ich ktoś? Kneblował? Nie! Sami chcieli.
    Demonstracyjnie założyli sobie jakieś nowe pisemko, z którym pod względem ilości czytelników mój blog mógłby zapewne śmiało konkurować.
    No, chyba, że pójdą do telewizji Wildsteina. Tylko co na to Tatuś Rydzyk? Przecież to konkurencja dla jego TV Plwam… Też nie wróżę sukcesów (już widzę te tłumy reklamodawców…).
    Reasumując – utrwalasz mit o „prześladowaniu” prawicowych dziennikarzy, Przemku.
    A nazywanie ich „niepokornymi” jest co najmniej nadużyciem. Pokorni są oni bardzo. Głównie wobec Prezesa i panów w czarnych sukienkach.

  12. Zgadzam sie z autorem w 100%. Jestem tu trzeci miesiac i wciaz sie spotykam z owa „poprawnoscia”. Osobiscie sie do niej nie stosuje i czasem slysze uwagi. „Poprawnosc” przybiera tu absurdalne, karykaturalne rozmiary.

Dodaj komentarz: