Imigrant-kujon. Rzecz o szkole.

Imigrant-kujon. Rzecz o szkole.

W miejscowej gazecie „The Age” ukazał się niedawno ciekawy artykuł nt. imigrantów z Azji i presji jakiej poddają oni swoje dzieci. Jeśli ktoś chce sobie przećwiczyć angielski to zapraszam do lektury tutaj. W dużym skrócie chodzi o to,  że azjatyckie dzieci są tak mocne, że zabierają prawie wszystkie miejsca w najbardziej prestiżowych publicznych szkołach w Melbourne, a potem płacą za to wysoką cenę braku przystosowania do normalnego życia społecznego.

Co to są „prestiżowe publiczne szkoły”? Rzecz się tyczy szkół średnich (ang. high school), czyli od klasy 7 i późniejszych. Pomijamy w tych rozważaniach prywatne szkoły i skupiamy się na państwowych. Otóż prawie wszystkie szkoły średnie są w Australii objęte rejonizacją. Oznacza to, że przyjmują uczniów tylko z określonego rejonu miasta, zaznaczonego dokładnie ma mapce. Żadnych egzaminów wstępnych, rejon i już.

Efekt jest taki, że lepsze szkoły przyciągają ambitniejszych rodziców i ceny nieruchomości (również wynajmu) w rejonach lepszych szkół rosną.

Przechodzę wreszcie do meritum: jest kilka wyjątków od tej reguły. W Melbourne od lat istniały tylko 2 (dwie) publiczne szkoły średnie, do których trzeba było zdać egzamin, jedna dla chłopców i jedna dla dziewcząt. Przypominam, że mówimy o 4-milionowym mieście! Ostatnio otworzono w dalekich dzielnicach 2 kolejne tego typu szkoły, tym razem koedukacyjne.

Melbourne High School
na zdjęciu:  Melbourne High School, selektywna szkoła średnia dla chłopców, South Yarra

Okazuje się teraz, że do tych szkół startują głównie imigranci (najczęściej Azjaci), którzy z łatwością dystansują Australijczyków na egzaminach wstępnych.

W zlinkowanym na początku artykule stawia się tezę, że Azjaci przeładowują swoje dzieci nauką, zatrudniając im od najmłodszych lat prywatnych korepetytorów. Jednocześnie zapominają jednak o tym, że dziecko żyje w nadmiernym stresie, brak mu odpowiedniej harmonii w życiu i potem nie osiąga w nim sukcesów, będąc nieprzystosowanym społecznie.

Przyznam, że mnie ten artykuł zaciekawił, a jednocześnie rozśmieszył. Trudno bowiem nie przyznać racji, że poza szkołą dziecku też należy się życie. Z drugiej strony sam przypominam sobie, że gdy chodziłem do liceum w dość niewielkim polskim mieście (Koninie) to średnia ilość prac domowych i dodatkowej nauki w domu zamykała się w około 4 godzinach dziennie (dla wielu kolegów to było znacznie więcej, a za olanie sprawy groził… kibel), gdy tymczasem Melbourne High uważa, że 2 godziny to absolutne maksimum.

To dopiero różnica kulturowa! Zauważamy ją już w początkowych latach podstawówki, gdzie większość rodziców-Australijczyków martwi się tylko tym jak tu nie zestresować dziecka i nie przeładować nauką.

Australia stawia na harmonijny rozwój, a my chyba mamy w polskim systemie coś z Azjatów. Wyniki z australijskich szkół wydają się to potwierdzać, bo polskie dzieci w Australii również osiągają doskonałe wyniki matur i nie brak ich wśród najlepszych.

Jaki to problem dla Australii pozwoli lepiej zrozumieć taki filmik stacji SBS, do którego obejrzenia serdecznie zachęcam. Mowa jest w nim o początku wielkiej niebrytyjskiej imigracji z czasów po 2 wojnie światowej. Dopuszczono wtedy z bólem do imigracji do wcześniej jednolitej narodowo Australii osób „prawie białych”, czyli fizycznie identycznych, ale pochodzących spoza kultury anglosaskiej. Czyli np. Polaków (ale i wielu innych).

Ciekawe było podejście do tych nowych imigrantów: z założenia mieli stanowić siłę roboczą, wykonującą jedynie najcięższe prace fizyczne. Wręczano delikwentom na poczekaniu kontrakt na 2 letnią pracę „przy łopacie”, nie zważając, czy traktuje się tak lekarza, prawnika czy inżyniera. Lata całe zajęło naszym poprzednikom odbicie się od tej z góry narzuconej przez Australię pozycji dołów społecznych.

Przez lata polityka imigracyjna się zmieniła. Australia stawia teraz na wykształconych imigrantów, z doświadczeniem w dobrze płatnych zawodach i bez oglądania się na kolor skóry. Przyznać trzeba, że długą drogę przebył ten kraj przez te ostatnie 60 lat. Od imigrantów, których trzeba było ciągnąć w górę, do takich, którzy niejako sami mają ciągnąć resztę kraju. Nie dzikie tłumy żyjące z zasiłków i demolujące przedmieścia Paryża, tylko ciche kujony, których trzeba się bać, bo są często zwyczajnie lepsi.

Jaki stąd wniosek? Moim zdaniem mają co chcieli, imigranci ciągną ich w górę. O co więc ten cały ambaras ze szkołą i stresem?

14 Replies on “Imigrant-kujon. Rzecz o szkole.

  1. @moniab: na temat WA i jakości dzielnic Perth wiele Ci nie powiemy. Może ktoś z czytelników znających WA się odezwie. Samą Australię jednakbardzo polecam, bo to piękny kraj i dzieci się tu odnajdą prędzej niż Wy.

    Pozdrów od nas Konin!

  2. Witam, ja też mieszkałam w USA przez 9 lat z przerwą ( wróciłam do Polski w tym czasie na 2 lata i urodziłam pierwsze dziecko po czym z 9-cio miesięczną córcią wróciliśmy do USA) W USA urodziłam następną dwójkę dzieci i z całą trójką ( w wieku 6,4 i 1 lat) 6 lat temu wróciliśmy na stałe do Polski. Dzieci bardzo szybko odnalazły się w Polsce, bardzo dobrze się uczą, zdobywają dyplomy w konkursach, ale z nami dużo gorzej i nadal szukamy swojego miejsca na ziemi do życia. Mąż niecały rok pracuje w Perth i na poważnie myślimy o osiedleniu się w WA, ale ja mam duże obawy o dzieci, bo są w wieku 14, 12 i 8 lat i ich życie może się naprawdę pogmatwać. Jak się tam odnajdą, jak będzie z językiem, rówieśnikami itp. Poza tym nie znam WA na tyle dobrze, żeby wiedzieć jakie rejony byłyby najlepsze dla nowoprzybyłych z Polski z dziećmi; chodzi mi o szkoły, sąsiedztwo itp. Proszę o rady i pomoc gdzie mogę szukać informacji na ten temat. Mąż przesłał mi ofertę domu do kupienia w Beeliar, ale sam nie bardzo się orientuje co to za dzielnica. Potrzebuję wsparcia od rodaków już osiadłych w WA. Dziękuję i pozdrawiam
    Ps. Własnie odkryłam ( czytając wasz blog z zapartym tchem :), że jesteście z Poznania i Konina. Ja właśnie mieszkam w Koninie, tu też się uczyłam i dorastałam 😉 Pozdrawiam serdecznie.

  3. # Przemek, 9 gru 2011 o 21:16

    Nie wiem czy to do końca na temat, ale polecam taką oto stronę poświęconą efektom działania polskiej edukacji: http://maturatobzdura.tv/

    To jest efekt działania polskiego systemu edukacji ale po zmianie(wprowadzeniu gimnazjum), ja osobiście jestem rocznik ur. 1984, i sądzę, ze system nauczania nie był idealny, ale był dość dobry, wiadomo, że ktoś może sądzić, iż rzeczy z biologii są mu niepotrzebne itp, dlatego nie musi klaść 100% nacisk na to, może mieć 3(nie trzeba na tę ocenę zbyt wiele umieć).
    Byłem parę razy w USA i podczas rozmowy z „amerykańcami” na moje „iż jestem z Polski”, padało następujące pytanie: a który to stan? to woła o pomstę do nieba!

  4. Chyba chodzi bardziej o styl edukacji. Powszechnie mowi sie, ze w Stanach edukacja jest nastawiona na myslenie tworcze, kreatywnosc a w Azji na odtwarzanie i poslusznosc autorytetom. Chyba tez o to chodzilo w atryluke The Age. I niepokoje sa o to, zeby Australia przyjela bardziej kreatywny model. Japonczycy robili reforme edukacji w tym kierunku. W Polsce na uniwersytetach tez temat sie porusza. W polskich szkolach podstawowych i ponadpodstawowych niekoniecznie decennia sie uczniow madrych, samodzielnie myslacych, ale tych co potrafia wkuc okreslony material, odrabiaja zadania i sa grzeczni dla nauczycieli. Z takich przykladnych uczniow zwykle ani naukowcy, ani innowatorzy ani przedsiebiorcy nie wyrastaja. To samo z mlodzieza azjatycka.

  5. Ci z Matury przepytują ludzi na ulicy z różnych przedmiotów (bitwa pod Grunwaldem, symbol tlenu itp.), przy czym sam prowadzący też potrafi durnotę powiedzieć. Ale fakt, że program w pewnym stopniu weryfikuje naszą słynną wiedzę 😉

  6. Jeśli chodzi o Chińczyków, to pracowitość jest integralną częścią ich tradycji. Kiedyś kupowałem komputer w sklepie prowadzonym przez Chińczyków. Była to sobota. Sprzedawca dał mi swoją wizytówkę – zajmował całkiem odpowiedzialne stanowisko w dużej firmie… i jeszcze na marginesie dodał, ze w niedziele pracuje w restauracji swojego wujka. Jeśli dziecko nie byłoby gonione do nauki, to byłoby wykorzystywane do pracy w rodzinnym byznesie. Tak że nie ma obaw o stress i brak harmonii. Celowo nie użyłem terminu Azjaci, gdyż nie wiem jak to wyglada u imigrantów z krajów takich jak Tajlandia czy Afganistan.
    Jeśli chodzi o proporcje miedzy nauką a innym kolorami zycia, to jest w tym sporo sensu, pod jednym warunkiem – rozwijanie tych innych zainteresowań wymaga ogromnego zaangazowania ze strony rodziców a to zdarza się raczej rzadko, w rezultacie dziecko bezmyslnie sie obija.
    Drobna korekta na temat masowej imigracji powojennej – to było dość brutalne , ale wcale nie takie głupie. To był masowy nabór siły roboczej, Australia pokrywała koszty przejazdu i gwarantowała mieszkanie, utrzymanie i pracę. Przez te 2 lata ludzie poznawali język i zwyczaje. Większość z nich potrafiła potem wskoczyć na wybraną ściezkę życiową. Nikt nie zabraniał imigrować jako indywidualny profesjonalista, ale wtedy trzeba było przejść weryfikację kwalifikacji i inne formalności, zapłacić za bilet i mieć środki aby się otrzymać do czasu znalezienia pracy – kto z osób rzuconych przez wojnę niewiadomo gdzie, miał takie możliwości? Myślę, że taki 2-letni nakaz pracy byłby bardzo właściwy dla przyjmowanych tu uciekinierów ( refugees).

  7. Informacje o GI index pojawiaja sie w reklamach i na etykietach zywnosci, wiec jesli juz uczyc o adenozynotrifosforanie, to mozna w tym kontekscie. Moze ludziom wiecej w glowach zostanie?

    W Sydney Morning Herald byla cala seria artykulow na ten temat. W NSW jest kilkanascie selektywnych szkol srednich i one tez sa „opanowane” przez Azjatow. Czytajac te artykuly mialam wrazenie ze dziecko autora musialo oblac egzamin wstepny i stad to wszystko. Z drugiej strony troche racji w tych artykulach tez jest.

    http://www.smh.com.au/national/education/migrant-pupils-top-the-entry-tests-for-selective-schools-20100702-zu56.html

  8. MLC: Wątpię, żeby więcej niż 1-2% ludzi wiedziało coś o indeksie glikemicznym. Nawet zresztą jeśli wiedziało to zapomnieli, tak jak retikulum.

  9. Nie wiem czy do krzyzowek, ale moze jednak warto wiedziec cos o procesach energetycznych w naszych wlasnych komorkach, zeby wiedziec o co chodzi z tym slynnym ostatnio indeksie glikemicznym albo nie dac sie nabrac na cukierki „99% fat free”? Dla mnie tragiczne w polskim systemie edukacji, ze wiekszy nacisk jest na zapamietanie lacinskich nazw niz na zrozumienie tego typu procesow zyciowych.

  10. Kto z filologów pamięta retikulum endoplazmatyczne i umiałby go użyć w krzyżówce ręka w górę! Tragiczne jest jeszcze to, że uczy się o retikulum, a konia z rzędem temu kto umie odróżnić buka od jesionu.

  11. Bardzo ciekawa notka (nie to, żeby inne nie były ciekawe, czy coś). Moim zdaniem lepszy jest właśnie taki model australijskiego szkolnictwa, stawiajacego na zrównoważony rozwój. Może faktycznie te dwie godziny brzmią śmiesznie w oczach kogoś, kto musi(ał/a) poswiecić minimum cztery godziny na naukę. Jednak dzięki temu, że uczniowe w Australii nie muszą spędzać całego dnia nad książkami, mogą również poświęcać czas na rozwój swoich talentów pasji. W Polsce trzeba wybierać albo to, albo dobre oceny, co jest według mnie kompletnie bezsensowne. Ogólnie polski system szkolnictwa można zaliczyć do tych najmniej efektywnych. Po co komuś, kto idzie na filologię dwie godziny biologii, gdzie uczy się, co to jest retikulum endoplazmatyczne albo adenozynotrifosforan? Do krzyzowek?

Dodaj komentarz: