Antypody.info
Australia, Melbourne: Blog Moniki i Przemka

Port Stephens

– Tato, zgubiliśmy się? – Ewa po całym dniu w samochodowym foteliku miała już z pewnością dość. W dodatku w oczach świeciło jej się odbicie ekraniku konsoli Nintendo, wypalone niczym znak TVN24 na starej plazmie dziadka Zbyszka.

– Nie kochanie, tylko szukamy właściwej drogi.

Powiedzmy szczerze, że ja również miałem już dość. Dziesiątki drewnianych zabytkowych mostów, niezliczona ilość wyprzedzonych dziadków w kapeluszach oraz 700 km Pacific Highway dało się we znaki moim czterem literom.
Teraz zawracając na kolejnym identycznie w ciemnościach wyglądającym rondzie i oglądając po raz kolejny ten sam znak informujący o liczbie zabitych w tym roku na drogach Port Stephens koali zadawałem sobie pytanie: jak to możliwe, że tej jednej jedynej szczegółowej mapki nie wydrukowałem sobie przed wyjazdem z Melbourne? Na posiadanej przez nas mapie drogowej Australii wyglądało to bardzo prosto: zjeżdżamy w lewo z Pacific Highway na Nelson Bay i potem po paru kilometrach w lewo na Lemon Tree Passage. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana…

Jeśli ktoś zada we tym miejscy przytomne pytanie: „dlaczego nie użyliście GPSa?”, to odpowiem: „Nigdy nie kupujcie GPSów w Aldim. Zepsuł się i zażądał reinstalacji programu.  Dysk instalacyjny, komputer i kabelek został zaś w domu…”

Po paru minutach tego błądzenia stał się jednak cud. Oto wśród dziewiczych lasów Port Stephens spowitych ciemnością australijskiej nocy ukazał się naszym oczom dawno zapomniany znak supermarketu BI-LO, w dodatku jakimś cudem czynnego po godz. 21:00 w piątek. Zaparkowałem, wysłałem pasażerów na zakupy, a sam zagadałem pierwszego z brzegu Ozika o drogę do Lemon Tree Passage.

– Hałaja mejt. The Passage? Nawet nie jesteś zbyt blisko, jak tutaj wylądowałeś? Ale pojedź prosto tą drogą co jechałeś i na trzecim rondzie skręcisz w lewo. Potem już prosto. No łorris, mejt.

Tym sposobem wkrótce znaleźliśmy nasz holiday park, w skrzynce na drzwiach recepcji kluczyk do naszego domku i mapkę sytuacyjną. Po kolacji, rozlokowaniu wycieczki do odpowiednich łóżek i zabiciu brzydkiego czarnego pająka mieszkającego sobie spokojnie w rurze od łóżka Ewy położyliśmy się wreszcie spać.

– Swoją drogą mieliśmy mieć domek „water view”, nieprawdaż? – powiedziała jeszcze Monika – Jakoś nie widzę tej wody nigdzie.

– Ja też nie widzę. Nabrali nas widocznie…

Tymczasem rano okazało się, że nie należy ufać temu co się widzi po ciemku:

Lemon Tree Passage

Była to ewidentnie woda i dzień zapowiadał się naprawdę piękny. Miejsce, w którym nocowaliśmy nazywało się, jak już wspomniałem, Lemon Tree Passage. Nazwa pochodzi rzekomo od kilku drzewek cytrynowych, które rosły tutaj gdy przybyli tu pierwsi biali osadnicy i do dziś nie wiadomo skąd się w tym miejscu wzięły. Po drugiej stronie tej wody ze zdjęcia mieści się zaś wieś o nazwie Bobs Farm („Farma Boba”).  Bob był skazańcem przydzielonym do pracy w posiadłości jakiegoś lokalnego farmera. Podobno Bob marzył o tym, że kiedyś, gdy skończy mu się kara to kupi upatrzony kawałek ziemi i założy na nim swoją własną farmę. Niestety Bob nie dożył końca swojej odsiadki i nigdy nie nabył farmy na własność. Nazwa jednak przetrwała.

Discovery Caravan Park, Port Stephens

W ogóle cały Port Stephens był w pierwszych latach popularnym miejscem ucieczek skazańców, którym udało się wyrwać z więzienia w Sydney. Dlatego też jedną z pierwszych form obecności rządu kolonii Nowa Południowa Walia był posterunek wojskowy w miejscu nazywanym do dziś Soldiers Point...

Prawie cały dzień spędziliśmy w Nelson Bay, największym miasteczku regionu, na wypatrywaniu rybek w wodzie, spacerach po plaży i obserwacji pelikanów. Kolejne idealne miejsce na wypoczynek, jedno z tysiąca w tym kraju.

Port Stephens - punkt widokowy
punkt widokowy na Port Stephens

Las namorzynowy

las namorzynowy w Tilligerry Creek przy niskiej fali

Fingal Bay, NSW
Fingal Bay

Fingal Split
Fingal Split

znalezione w piasku

Nelson Bay
Nelson Bay

Nelson Bay

każdy słup ma lokatora

Nelson Bay, Port Stephens

Do swojego domku wróciliśmy po godz. 19-tej. Był 10 kwietnia 2010 r. Wtedy dopiero postanowiłem zajrzeć do swojej komórki. Resztę historii już znacie.

2 Komentarzy

  1. konrad konrad
    23/05/2010    

    W tym australijskim „raju” jest taki most budowany w czasie pory suchej ze 2 metry nad poziomem wody w rzece, potem przychodzi pora mokra i most znajduje sie ze 2 metry pod poziomem wody..miasto w tym czasie odciete do swiata…. most byl budowany przez rzecz jasna „jednych z najlepszych specjalistow na swiecie” bo australijskich, po „jednych z najlepszych na swiecie szkol” bo australijskich…. takze sobie przemysl M. ze nie wszystko zloto co sie swieci.
    W Australii sa czeste pozary buszu, w czasie lata, temperatury ponad 40 stopni, busz sie zapali latwo, ludzie klimy uzywaja na max. linie energetyczne nie daja rady, wylacza sie cale dzielnice, a i tak ludzie sie buduja na terenach niezbyt bezpiecznych bo latwopalnych, lini energetycznych nie poprawia sie wcale, a pol stanu QLD bylo pozbawione pradu bo ptaki narobily na linie energetyczna i doszlo do zwarcia, nie trzeba bylo terrorystow a pol stanu nie mialo pradu i wszystko stanelo. Tak jest w tym „raju” tylko trzeba tu pomieszkac dluzej a sie doswiadczy rzeczy negatywnych jakby z Polski – przygotowania wladz do katasfrof.

  2. M. M.
    23/05/2010    

    Już to kiedyś pisałem, ale powtórzę raz jeszcze-jak widzę te publikowane przez Was zdjęcia i opisy życia w Australii, to stwierdzam-ten kraj to raj. A u nas, w Ojczyźnie znowu powódź, wszystko płynie, 13 lat po wielkiej powodzi z 1997 roku mamy powtórkę. I aż się chce płakać i wstyd gdy się czyta, że np. we Wrocławiu na terenach zalewowych Odry już po wieliej powodzi wybudowano kolejne bloki i domy, które oczywiście teraz stoją już w wodzie… No comments.

Dodaj komentarz: