Najstarszy blogger świata – bajeczka SF

29 lutego 2050 r, wtorek, Aberdynek, województwo szkockie


Adaś był z siebie dumny. Wreszcie będzie miał okazję udowodnić, że nie tylko imię i nazwisko odziedziczył po sławnym pradziadku. Zerwał się jeszcze przed świtem, zjadł byle co na śniadanie – wszystko by ominąć poranne korki. Wskoczył szybko na wygodne siedzenie sportowej Syreny 107i i rzucił w kierunku ukrytego za pulpitem mikrofonu:

–  „Leppera 5!!!”

Autopilot nie musiał tego słuchać 2 razy. Automatycznie rozpoznał głos, przetworzył ścieżkę dźwiękową na tekst i odszukał adres na mapie. Całość operacji trwała ułamek sekundy i po chwili  pojazd zaczął bezszelestnie przesuwać się po niemal jeszcze pustej drodze.

Na to tylko czekał Adaś. Błyskawicznie przełączył pojazd w tryb sterowania ręcznego i wcisnął gaz do deski. Krew dziadków dawała o sobie znać. Śnieg zmieszany z błotem i solą rozpryskiwał się na boki. Bolid przekulał się obok zasieków oddzielających Aberdynek od dzielnicy pakistańskich slamsów i nawet nie spojrzał na tablicę z napisem powieszoną nad jedną z bram, na której pod dziwnymi literami widniał napis w alfabecie łacińskim: „Àber dín”.

Adaś widział to już tysiąc razy, teraz mknął jednak na spotkanie sławy, nie miał czasu się rozglądać.

Syrena była jego prawdziwą dumą. Wyglądała jak nowa po niedawnym wypadku spowodowanym przez dziurę na środku Alei Budowniczych Autostrad. Od tamtego czasu Adaś starał się jeździć wyłącznie drogami, o których miał pewność, że zostały wybudowane jeszcze za panowania króla Karola III. Syrenka była śliczna, ale przede wszystkim wyposażona była we wszystkie elektroniczne gadżety konieczne do ominięcia automatycznych regulatorów prędkości. Niestety, już na rogu ulicy Kaczyńskiego czekała na niego niespodzianka. Z tradycyjnym lizakiem i staromodnym ręcznym radarem, niestety nie do ominięcia dla hakera.

– Witam obywatela. Ładnie to tak samodzielnie poruszać się po publicznej drodze i to z niedozwoloną prędkością? Co z tym teraz zrobimy? – zaczął glina, a Adaś już wiedział, że miał znów szczęście.

Po minucie, uboższy o milion talarów pobranych automatycznie z jego konta, jechał dalej.

– Nigdy nie zrozumiem jak to się dzieje, że nawet łapówki pobiera się elektronicznie – powiedział Adaś sam do siebie…

Syrena pomknęła dalej bezszelestnie ulicą Kaczyńskiego hamując lekko na łuku przy przejściu w ul. Korwina-Mikke. Po chwili zatrzymał się przed piękną wiktoriańską kamienicą na ulicy Leppera. Wysiadł z auta, podszedł powoli do drzwi domu  i ogarnęło go zwątpienie.

Oto zbliżał się do domostwa legendy, samego Biszopa. Na dźwięk jego imienia kolana uginały się ze strachu każdemu gryzipiórkowi. Dziadyga słynący z wyjątkowo wrednego charakteru miał w zwyczaju wdeptywać w ziemię każdego dziennikarza, dając mu na wstępie zestaw 3 pytań z historii Polski. Dopiero po udzieleniu 3 prawidłowych odpowiedzi śmiałek miał prawo do przeprowadzenia wywiadu.

Dotychczas jeszcze nikomu się ta sztuka nie udała. Adaś był najbliżej, dwukrotnie już dotarł do trzeciej rundy.

Tym razem jednak miało być inaczej. Tajemnicą poliszynela było, że na starego zgreda wpływ miały jedynie dwie  kobiety: jego żona starowinka oraz córka, dochodząca już 50-tki pani Hanna, do której właśnie wczoraj udało się dotrzeć Adasiowi. Hanna obiecała mu, że w zamian na poparcie Gazety w wyborach na Wojewodę Szkockiego załatwi jubileuszowy wywiad, do którego wstępem będzie tylko odpowiedź na tylko jedno jedyne pytanie, zamiast zwyczajowych trzech.

Adaś czuł się mocny w historii Polski, czuł że dzisiaj z początkującego pismaka stanie się prawdziwą gwiazdą dziennikarstwa i wprowadzi podupadającą Gazetę Wyborczą znów do pierwszej ligi prasowej.

Stanął przed drzwiami i spojrzał jeszcze raz na buty.

– [Cenzura], znów te psie gówna! – zaklął szpetnie Adaś próbując wytrzeć wymazany brązową mazią but o krawężnik pokryty topniejącym śniegiem. – niewiele już zostało z dawnego szkockiego  Aberdeen – pomyślał. Po kilku minutach zabiegów but wyglądał na względnie czysty. Adaś zapukał.

Drzwi otworzyła drobna, wyglądająca na 40-tkę kobieta.

– Witam panie Adamie. Tata zaraz przyjdzie i przyjmie Pana. Teraz jest bardzo zajęty, bo pisze notkę na bloga. Proszę poczekać w salonie i nie czuć się jak u siebie.

Adaś siadł w wygodnym fotelu w salonie i przygotowany na długie oczekiwanie zaczął przeglądać leżące na stoliku czasopisma. Zdziwił się gdy po minucie wszedł do salonu lekko kuśtykając i wspierając się na lasce gruby staruch. Wyszczerzył do gościa sztuczne zęby i oślepił go błyskiem łysej pały. Wyciągając dłoń na powitanie powiedział:

– Biszop do usług. Pan to Adam Michnik jak mniemam. – Biszop nie miał widać pamięci do twarzy – Nazwisko Pan nosi zobowiązujące, nie będę więc tracił czasu tylko od razu Pana zapytam:

– Kto prowadzi od prawie 50 lat najstarszego na świecie bloga?

Adaś uśmiechnął się.

– Pan oczywiście, panie Mateuszu. Wszyscy wiedzą, że najstarszy jest Blog Biszopa.

– Hahahahaha! Przegrał pan, panie Adasiu, znów pan przegrał. – starzec śmiał się trzęsąc się cały wskazując swojemu gościowi drzwi. – Polecam na długie zimowe wieczory opowieści z Mórz Południowych. Hahahahaha…

Szyderczy śmiech dziadygi długo jeszcze dudnił Adasiowi w uszach. A miało być tak pięknie.

29 lutego 2050 r., wtorek, atol Bora Bora


Morskie fale dość ospale, ale jednak rytmicznie obmywały koralową plażę na półwyspie Toopua. Wprawdzie Ocean Spokojny rzadko tylko potwierdzał prawdziwość nazwy nadanej mu przez Magellana, ale ta część wybrzeża chroniona była przez szeroki pas raf, tłumiących skutecznie zapędy Neptuna i zapewniających względny spokój mieszkańcom tego niewielkiego skrawka lądu. Pomimo tego, że fale morskie nigdy nie były tutaj wysokie, to dzisiaj spokój morza był wręcz idylliczny.
Plaża, w tym miejscu szeroka na kilkadziesiąt metrów, miała około kilometra długości i zamknięta była z obu stron sterczącymi z wody fragmentami rafy koralowej. Wyglądało to tak, jakby jakaś ogromna siła wyciągnęła na piasek ogromne wapienne konstrukcje zbudowane przez korale i zostawiła aby obumarły. W rzeczywistości było dokładnie odwrotnie: to morze opuściło przed laty swoich mieszkańców, cofając się o kilkadziesiąt metrów…

Jednak, o dziwo, dodawało to swoistego uroku krajobrazowi okolicy, bo białe skały wydawały się idealnie komponować z turkusem morza, zielenią lasu oraz idealnym błękitem nieba. Atol Bora Bora był teraz piękniejszy niż kiedykolwiek przedtem.

Plaża kończyła się po około 50 metrach ścianą tropikalnego lasu, na którego skraju pochylały się w kierunku morza wysokie palmy. Ponton, który spuszczony przez kilkoma minutami z samolotu lądującego na wodzie, przybił z lekkim szurnięciem do brzegu. Dopiero ten odgłos zaalarmował małego chłopca, o skórze koloru kawy z mlekiem, bawiącego się czymś w piasku koralowym i zakłócającego swoim widokiem rajski widok bezludnej plaży.
Mały gnojek poderwał się natychmiast na nogi i bez słowa po chwili zniknął w lesie, pokazując przybyszom tylko przez kilka sekund swoje białe pięty.

Słońce na plaży prażyło bez litości, a przybysze nie byli wciąż przyzwyczajeni do tropikalnego klimatu. Szukali więc od razu cienia wśród pobliskich drzew. Wystarczyło zrobić ledwie kilka kroków wzdłuż plaży by dostrzec wijącą się  między palmami ścieżkę, w której przed momentem zniknął chłopiec. Ścieżka pięła się dość ostro pod górę, ale kilkadziesiąt metrów dalej oczom przybyszów ukazał się majaczący pośród drzew dom.

Zatrzymali się chwilę i popatrzyli na tę dziwną konstrukcję. Zbudowany z drewna dom wsparty był na również drewnianych palach. Podłoga znajdowała się na wysokości ok. 3 metrów od podłoża, tak jakby właściciel obawiał się, że zapora rafy koralowej może okazać się niewystarczająca w przypadku przywianego od oceanu kataklizmu. Z boku tej dziwnej budowli biegły jednak wygodne, choć staromodne schody prowadzące prosto na szeroki taras, zajmujący cały front domu.

– Tadziu! Nie do wiary, że takie miejsca jeszcze istnieją na świecie – powiedział do współtowarzysza jeden z przybyłych mężczyzn. –  Popatrz, chyba chyba dobrze trafiliśmy – to mówiąc wskazał ręką na dużą tablicę z napisem „SKARŻYSKO” przybitą do frontu domu. Stał oto przed legendarną posiadłością, na wyspie kupionej za bezcen w czasach gdy kto żyw się stąd wynosił będąc pewnym, że podnoszący się poziom morza zaleje wkrótce cały atol. Mało kto wówczas przypuszczał, że tendencja się odwróci tak szybko.

– Przyjdzie jeszcze czas na zachwyty, teraz mamy robotę do wykonania, Stasiu. – odpowiedział redaktor Tadeusz i zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku schodów i w chwilę potem stanął oniemiały na tarasie.

Taras był ogromny. „Lekko licząc ze 200 metrów” – pomyślał redaktor. Szerokie przejście z tarasu do tylnej części domu pozbawione było drzwi, ale ginęło w mroku, więc przybysze nie mogli stąd dostrzec wnętrza. A może to ich wzrok oślepiony wciąż był rażącymi promieniami Słońca?

Za to z drugiej strony roztaczał się przed ich oczyma najpiękniejszy widok świata. Cała plażę, palmy i rafy koralowe otaczające atol Bora Bora widać było jak na dłoni. Niedaleko za pasem rafy kołysał się na błękitnej wodzie ich samolot, a na plaży przy ich własnym pontonie bawiła się w najlepsze gromadka małych gnojków. Część z nich zawzięcie grała w piłkę nożną, ale inni interesowali się wyraźnie silnikiem leżącego na piasku pontonu. „Skąd oni tam się nagle wzięli” – pomyślał redaktor zaniepokojony odrobinę o los łodzi i dopiero teraz zauważył małą grupkę ludzi zajmującą przeciwległy skraj tarasu.

Na tarasie rozłożony był bowiem wygodny, miękki leżak, na którym rozwalony szeroko leżał jakiś starzec. Skórę miał brązową i prawdziwą rasę zdradzała tylko długa siwa broda oraz rysy twarzy, znacznie bardziej charakterystyczne dla Północnej Europy niż dla Mórz Południowych. Z obu stron starca stały młode, góra 19-letnie polinezyjskie dziewczęta trzymające w rękach szerokie wachlarze, którymi wytrwale i z uśmiechem na ustach wachlowały leżącego wygodnie mężczyznę. Każdy zdrowy mężczyzna, a redaktor Tadeusz był bardzo zdrowy, zwróciłby w tym miejscu uwagę, że wachlujące dziewczęta odziane były jedynie w zrobioną z liści przepaskę na biodra, a swemu Panu dumnie prezentowały sterczące piersi, w które ten wpatrywał się bez ustanku, odwracając głowę to w jedną to w druga stronę, tak jakby ten widok nigdy go nie miał znudzić.

Redaktor Tadeusz nie widział jednak, że te dwie dziewczyny to tylko najmłodsze z żon leżącego starca. Reszta licznej rodziny mieściła się gdzieś z tyłu domu, który po bliższym przyjrzeniu się okazywał się być jeszcze większy niż w pierwszym momencie mogło się wydawać.

W pewnej chwili zza kotary z tyłu tarasu wybiegł mały i bardzo śniady chłopiec i zawołał w języku zupełnie zaskakującym w tej części świata:

– Dziadku! Chodź do nas, pokażemy Ci co fajnego z chłopakami wymyśliliśmy!

– Zaraz idę! – odpowiedział starzec. Nie kłamał. Uwielbiał bawić się z wnukami. Mimo wiszącej nad głową niby dwa topory liczby 77 był wciąż w świetnej formie i nie bardzo wiedział, czy zawdzięczał to morskiej diecie, cudownemu klimatowi Mórz Południowych, czy młodym piersiom swoich żon. Bardzo często zabierał swoje wnuki na wycieczki wgłąb wyspy, lub na pływanie wśród raf koralowych. Był jednak zdziwiony gdy oni wydawali się najbardziej lubić opowieści o białym puchu i sankach i skutym białym mrozem odległym miejscu, w którym wszyscy mówili w tym samym języku co oni.

– Tylko minutkę gnojki, zaraz do was przyjdę! – odwrócił się nagle w kierunku przybyłych – Co panów do mnie sprowadza?

– Nazywam się Tadeusz Giertych, a to mój współpracownik Stanisław Gosiu-Gosiewski. Reprezentujemy „Nasz Dziennik” – redaktor z dumą podał gospodarzowi wizytówkę z logo największego koncernu medialnego półkuli północnej – Przybyliśmy aby przeprowadzić wywiad z autorem najdłużej na świecie prowadzonego bloga. Mniemam, że dobrze trafiliśmy?

– Z tych Giertychów? – starzec wyraźnie się skrzywił – Ale cóż, gość w dom, Bóg w dom, panowie.  – powiedział Harom – Przybyliście w samą porę. Musicie jednak wybaczyć, następne pół godzinki obiecałem dzieciakom. Czujcie się w tym czasie jak u siebie w domu.

Po czym zerwał się z leżaka, zbiegł po schodach i pomknął chyżo ścieżką w kierunku plaży, gdzie czekała już na niego gromadka gnojków o skórze koloru kawy z mlekiem. Po drodze zatrzymał się jeszcze pod palmą, uniósł nogę i obsikał.

– Ile on ma lat? 77? – zapytał redaktor Tadeusz ni to siebie ni swojego towarzysza.


Mel Burn, 29 lutego 2050 r., wtorek


„Naukowcy donoszą, że pojawiły się kolejne dowody na gwałtowne ochłodzenie klimatu. Wiceprezes Hinduskiej Federacji Narodów i zarazem prezydent Republiki Australii Ali Guru powiedział, że jego kraj zobowiązał się do redukcji emisji gazów chłodniczych, w tym dwutlenku węgla o 20% do roku 2070. Ali Guru zapowiedział iż przewiduje, że szczyt klimatyczny w Kop Enh Adze okaże się wielkim sukcesem, a hinduska Australia stanie po raz kolejny w awangardzie narodów. Przywołał też sędziwego króla Wilhelma I z wrogiego Królestwa Dalekiej Północy Queensland (KDPQ) aby był w końcu łaskaw ruszyć się ze swego pałacu w Townsville i podpisać protokół z Sid Nej.”

– Co za bullshit! – mruknął Dziadek wyłączając projektor TV siedemnastej generacji – Już nikt dzisiaj nie pamięta, że jeszcze parę lat temu inne osły głosiły, że ten dwutlenek ogrzewa Ziemię. Teraz twierdzą, że schładza, a wszystko po to żeby wydoić z nas więcej kasy. Lepiej siądę wreszcie do tego bloga, czas zakończyć tę 40-letnią przerwę w jego pisaniu…

Staruszek siadł na antycznym krześle zbudowanym wg wzoru z początku wieku i wyciągnął z szuflady klawiaturę i myszkę. W tej chwili do pokoju wszedł mały Rajif.

– Pradziadku, znów włączasz ten zabytek? Przecież dzisiaj nikt już takich gratów nie używa. Sprzedaj go, muzeum da ci nawet niezłe siano. – powiedział Rajif. – Kupimy ci na 77 urodziny nową maszynę z Hindows 2050, chcesz?

– Ani mi się waż! – krzyknął wyraźnie zdenerwowany Dziadek. – ja lubię ten swój zabytek. Zobaczę jeszcze, czy mój blog, zostawiony 40 lat temu jeszcze czeka… Pora kończyć tę przerwę…

Spojrzał jeszcze raz na deszcz zacinający za oknem. „Coś prędko kończy się lato w tym roku” – pomyślał i zaczął wpisywać:

– User: spocit...

6 Replies on “Najstarszy blogger świata – bajeczka SF

  1. no Przemo,
    chyba Ci się nudzi w na tej południowej półkuli – taka beletrystyka
    przez moment myslałem, że coś cytujesz, ale nazwisko Korwina wszystko wyjaśnia..

  2. „Proszę poczekać w salonie i nie czuć się jak u siebie” – świetne!

    to co? zajrzę tu za 40 lat, nie? 😉

  3. Hahahha,

    A podobno to ja jestem stary wredny i zmeczony 🙂 Polechtales moja proznosc, stalem sie juz bohaterem notek na blogu, czas na wywiady, autografy, wizyty w zakladach pracy !!!

    A tak BTW, daj mi namiar na swojego dealera, bo trawa w FNQ nie jest az tak mocna. No chyba ze masz lepsze wspomagacze (kobiece piersi sie nie licza:P).

    Echhh, czas zacząć uczyć się francuskiego.

    pozdrawiam

  4. Mocne 🙂 Ciekawe jaką falę to teraz wywoła … 😉

    Swoją drogą to masz talent, powinieneś więcej opowiadań pisać 🙂

Dodaj komentarz: