Kategorie
Melbourne Życie w Australii

Koniki

Twierdzę, że aby jakiś sport naprawdę czuć, to trzeba się z nim wychować. Jeden znajomy Ozi opowiadał mi kiedyś jak w czasie wizyty w Polsce nie mógł wyjść z podziwu, że można przez 2 bite godziny oglądać wariatów skaczących ponad 100m na nartach, przy czym każdy skok podobny do drugiego kropka w kropkę. To było jako riposta do zarzutu, że krykiet jest do bani.

Wszystko zależy więc od kulturowej otoczki.

Dla mnie jednym z takich elementów mało strawnych kulturowo w Australii oprócz krykieta są wyścigi konne. Czy to dlatego, że wychowałem się daleko od Służewca? Ależ nie, tutaj w Australii to naprawdę przyjmuje rozmiary narodowej histerii. Specjalne stroje, kapelusze, imprezki, zakłady u bukmacherów karmiące przy okazji drugiego narodowego „konika” Australii, czyli hazard. Nawet publiczne święto, dzień wolny od pracy w stanie Wiktoria, wyznaczono na dzień największej gonitwy, gonitwy, która zatrzymuje naród: Melbourne Cup.

Dotychczas przez 4 kolejne sezony udawało nam się być „obok” tego wszystkiego.

Ale wczoraj Ewa przyszła ze szkoły przejęta i opowiada nam o tym, że był taki wspaniały koń, który każdy wyścig wygrywał, każdy. Raz pojechał na zawody do Ameryki, dostał na statku choroby morskiej, a głupi Jankesi dali mu jakąś truciznę i koń umarł. Nazywał się Phar Lap i jest największym bohaterem narodowym Australii, czego Kiwi znieść nie mogą (następni dobrzy), bo urodził się u nich przecież.

Taki to jest kraj.

Dziecko mi indoktrynują i ja nie mam na to żadnego wpływu. Dzieci nam rosną na dobrych Ozich.

Ewa oczywiście miała swojego konia obstawionego (na szczęście bez pieniędzy) i pyta mnie, na którego ja stawiam. Trzeba było naprędce coś wymyślić. Ja obstawiłem numerek 10, Ewa 19, Monika 8, Tomek 14, a ciocia Gosia 18. Tymczasem wygrał numer 21 i tyle z naszego totolotka. Dobrze, że na razie posługujemy się numerkami, jak za rok napiszę Wam o imionach koni i wadze dżokeja to przyślijcie ekipę ratunkową.

A w ogóle to pierwszy raz na żywo oglądaliśmy Melbourne Cup w tym roku. Tzn. nie na torze we Flemmington, tak źle jeszcze nie jest, ale poszliśmy sobie poczuć trochę atmosferę na Federation Square. Fajnie było.

Melbourne Cup na Federation Square

2 odpowiedzi na “Koniki”

Opieram owego Oziego … skoki narciarskie to najdziwiniejszy sport. Pewnie frajda jest tak sobie poszybować 100m w powietrzu, ale patrzeć na kogoś jak ma frajdę z tego … lipa 🙂 … chociaż może ja jestem jakiś asportowy.

Co do stawania się Ozi… zacząłem się zastanawiać czy w Polsce zaszczepia się jakiekolwiek pasje w dziciakach. Smutnym wnioskiem jest, że najwyraźniej nie. Lepszy chyba rydz niż nic 🙂

„Australizacja” waszych dzieci jest nieunikniona … musicie się z tym pogodzić 😀

Pamietam, jak w zeszlym roku byl problem z powrotem (nie bylismy na torze tez, ale mowili w wiadomosciach). Ludzie wisieli na zewnatrz na pociagach …

A na jednej stacji wracajac z jakiejs wycieczki widzielismy tlumy kibicow wracajacych z innej gonitwy – wiekszosc kompletnie pijana…

Leave a Reply to Filip Cancel reply