No to po kryzysie

Możemy odetchnąć z ulgą, bo najważniejszy wskaźnik mówi, że kryzys minął, przynajmniej w Australii. Wprawdzie stopy procentowe podniesiono już parę tygodni temu, ale inny wskaźnik jest znacznie ważniejszy: zmiany klimatyczne!

W czasie kryzysu globalne ocieplenie było w wyraźnym odwrocie. W niedawno robionym sondażu najważniejszych spraw dla Australijczyków spadło na dalekie piąte miejsce. Nawet sam Klimat wyraźnie wystraszył się kryzysu, kolejne zimy jakby były coraz chłodniejsze, wody napadało do zbiorników w Brisbane i Sydney, a ostatnio nawet u nas. Rolnicy też jakby nabrali optymizmu, a na jeziorze w Ballarat, gdzie jeszcze rok temu wybuchł pożar (tak tak, paliło się dno wyschniętego jeziora) w tym roku pływają już kajaki.

Krótko mówiąc: jak się ma normalne ludzkie problemy bytowe (np. nagle traci pracę, bo fabryka przenosi się do Chin) to mało kto przejmuje się globalnym ociepleniem. To jest odpowiedź na pytanie, dlaczego Indie i Chiny mają protokół z Kyoto w czterech literach. Ale również odpowiedź na pytanie: czy w Australii jest jeszcze kryzys?

Dzisiejszy „The Australian”, wywołując lament nad rosnącym poziomem mórz, dowodzi wyraźnie, że kryzys minął. Australia znów nie ma większych zmartwień i postanawia ratować świat przed samym sobą. Przypomnijmy fakty: w ciągu ostatnich stu lat średni poziom mórz podniósł się o 20 cm! Toż lokalne fluktuacje związane z porą roku, czy ilością wody w rzekach są już większe, nie mówię nawet o pływach.
Tymczasem „naukowcy prognozują”, że w ciągu kolejnych stu lat poziom mórz podniesie się o 100 cm, co spowoduje przesunięcie się linii brzegowej o 50-100 m. To jest oczywiście górna granica przewidywań, ale najwyraźniej ona jest używana do dalszych rozważań.

I co z tego? Otóż rząd w Canberze chce koniecznie stworzyć specjalną komisję, która będzie mogła narzucić lokalnym samorządom rezygnację z budowy nowych osiedli i domów na terenach nadmorskich.

Ho ho ho! Uderzają w czuły punkt, bo „waterfront real estate” to australijski synonim zamożności i snobizmu. Wymieńmy chociaż takie miejsca jak Gold Coast, Sunshine Coast, Byron Bay, a z bliższych nam choćby Brighton.

Ja jestem tylko ciekaw, co by się stało, gdyby za ileś tam lat okazało się, że nie sprawdził się najczarniejszy scenariusz? Wiadomo, dzisiejsi „naukowcy” już dawno będą spali snem wiecznym, więc nie będzie winnego, a problemy do pokonania mogą być już całkiem inne.

Za to ceny domów w Brighton moim zdaniem pójdą jeszcze w górę.

11 Replies on “No to po kryzysie

  1. Harom, Twoja uwaga jest słuszna, bo uprawnienia stanów nie powstały w drodze delegacji, ale wynikają z kolonialnej przeszłości. Podobnie jest w USA.
    To jednak nie zmienia oceny. Jedynie można podejrzewać, że Australia ma szczęście iż tak potoczyła się jej historia, bo mogło być np. tak, że wszystkie podatki z Melbourne szłyby na budowę autostrad w Sydney, a my byśmy byli naprawę „Meksykiem”. Taka sytuacja miała już miejsce w pierwszych latach istnienia Melbourne, kiedy jeszcze było częścią NSW. I czy trochę nie tak właśnie dzieje się w FNQ?

  2. Czesc Przemku,

    Sprytna riposta 🙂 Zauwaz, ze aby delegowac uprawnienia trzeba je najpierw posiadac. Nie mozna delegowac uprawnien, ktore leza w kompetencji innych 🙂 Dlatego departament imigracji i obywatelstwa moze delegowac uprawnienia do obslugi paszportowej do Poczty a ceremonie nadawania obywatelstwa do gmin, natomiast najlepszy muzyk wsrod politykow nie ma co delegowac, bo wiekszosc uprawnien w jego dziedzinie lezy w kompetencji Stanow. Rozmawiamy tu o podziale wladzy miedzy poszczegolne szczeble samorzadu i ja uwazam, ze w AU mozna to poukladac lepiej. Mamy centralne ATO, ale juz doradcy podatkowi podlegaja oddzielnej rejestracji w kazdym stanie. Rozumialbym sprawe gdyby ATO delegowalo swoje uprawnienia do „office of state revenue”, ale tak nie jest. Tak samo lekarze. Z drugiej strony oddalbym czesc uprawnien stanowych w dol, do gmin. Nie widze potrzeby by rzad w Brisbane byl odpowiedzialny za komunikacje miejska w Cairns, ilosc i przebieg linii autobusowych, czestotliwosc ich kursowania a niestety jest.

    pozdrawiam

  3. Anonimie, to jest świetne pytanie. Czy silny jest człowiek szczupły i „żylasty”, czy raczej wielki, gruby i rozlazły? Czy silnym szefem jest ten, kto kontroluje pracowników w każdym drobiazgu i każdy kwitek sprawdza sam, czy raczej ten kto umie umiejętnie delegować uprawnienia?

  4. Hej,

    Jako zadeklarowany (wielokrotnie) monarchista rowniez powinienes byc zwolennikiem silnej scentralizowanej w jednych rekach wladzy. Inaczej na tronie bedziesz mial nic nie znaczaca kukielke, figuranta. 🙂

    pozdrawiam anarchistow 🙂

  5. Bo Ty jesteś socjalista. Właściwie ten przykład dorzecza Murray jest chyba jedynym, który da się racjonalnie uzasadnić z Twojej listy. Pozostałe to zwykły owczy pęd socjalistów ku centralnemu zarządzaniu.

  6. No hej,

    A ja bede polemizowal. Stany maja obecnie za duze kompetencje i prowadzi to do haosu w wielu dziedzinach zycia. Malutka niespelna 0.5mln Tasmania nigdy nie bedzie mogla zapewnic swoim mieszkancom takiego poziomu „uslug stanowych” jak Wiktoria czy inne stany. Sprawa basenu Murray-Darling jest jednym z przykladow gdzie „element konkurencji miedzystanowej” sprawil, ze kazdy stan rabuje wody ile tylko moze, bo nic go nie obchodzi co sie dzieje poza jego granica. I dlatego w QLD zachwycaja sie polami bawelny, w NSW i Wiktorii gajami pomaranczy a w Poludniowej Australii wyschnietymi jeziorami. Mysle, ze stany nie powinny byc odpowiedzialne za: ochrone zdrowia, wymiar sprawiedliwosci, ochrone srodowiska i wiele innych dziedzin, gdzie „duzy moze wiecej”.

    pozdrawiam

  7. Dzisiaj sobie myślę, że ten pseudoproblem poziomu morza jest wykorzystywany przez rząd federalny jako element układanki mającej „wyższy” cel: centralizację władzy w Australii poprzed odebranie części uprawnień rządom stanowym, a nawet samorządom i przekazanie ich do Canberry. Zaczęło się od wody (układ w sprawie Murray), potem poszła służba zdrowia, a teraz planowanie miast. Czerwoni zawsze i wszędzie mają tę samą chorobę: chcą centralizować władzę. To oczywiście wcale nie oznacza zmniejszania biurokracji.
    Dzięki temu, że stolicą nie jest ani Sydney, ani Melbourne tylko małe miasto na outbacku to może im się to w końcu udać. Przynajmniej żadne z wielkich miast nie będzie zazdrosne o przekazanie całości władzy do tego drugiego.

    Mi za to ten obecny australijski podział władz i duże kompetencje stanów bardzo się podobają, bo przybliżają władzę do realnych problemów i wprowadzają element konkurencji międzystanowej.

  8. Ucichło mówienie o ociepleniu klimatu, bo globalne ocieplenie jest w tym roku w odwrocie (i pewnie będzie jeszcze w przyszłym) z powodu anomalii w cyklu słonecznym – wystepuje bardzo malo plam na sloncu, co przekłada się bezpośrednio na temperaturę na ziemi. Wiec biorąc pod uwagę ludzką zdolnośc do zauważania jedynie czynników krotkoterminowych moze sie wydawać, że sytuacja sie poprawia.

    Co do kryzysu. Kryzys kończy się, ale chyba jeszcze trochę pobędzie…

    @harom: niezgodzę się … niemówienie o kryzysie ma wiele zalet, bo każdy dostosowuje swoją strategię do swojego stanu, a nie uwzględnia czynnika strachu, przed czymś co może go nie dotyczyć 🙂

  9. Absolutnie zgadzam sie z powyzszymi opiniami, u nas w Kanadzie mamy te same problemy tzn. jakby „ucichlo” mowienie o ociepleniu a temat kryzysu wyszedl na pierwszy plan…od kilku lat zimy mamy ciezsze i dluzsze a gospodarka i tak nadal w duzym kryzysie..

  10. W coś trzeba wierzyć, Harom. Ja przyjmuję wersję, że Melbourne jest jak zwykle trochę z przodu w stosunku do Queensland ;).

  11. No hej,

    Ja mam wrazenie ze to jednak jest temat zastepczy. Kryzys wcale sie nie skonczyl a samo mowienie o tym nie robi juz porzadanego efektu wiec trzeba czyms odwrocic uwage.

    pozdrawiam

Dodaj komentarz: